AI jako sekretarka prezesa

Zauważyłem ostatnio na LinkedIn ciekawy trend. Ludzie dodają sobie na avatary nakładki „Original Author” albo „Human Created”. Trochę śmieszne, trochę prowokacyjne, ale jednocześnie bardzo znaczące. Chyba pierwszy raz od początku rewolucji AI część autorów zaczyna publicznie podkreślać: „tak, za tym tekstem stoi prawdziwy człowiek”.

I jest w tym coś ciekawego.

Na początku mojej drogi z poważnym e-commerce trafiłem na szkolenie SEO prowadzone przez Pawła Krzyworączkę, znanego jako „Krzywy”. To były jeszcze czasy, kiedy pozycjonowanie kojarzyło się z trochę tajemniczą wiedzą techniczną. Było wszystko: systemy blogów, automatyczne linkowanie, Black Hat SEO, White Hat SEO, farmy linków, zaplecza i kombinowanie z algorytmami.

Ale pamiętam też coś innego.

Bardzo mocno podkreślano wtedy działania etyczne. Takie „core values small business”. Że mała firma nie może budować wszystkiego wyłącznie na manipulowaniu algorytmem. Że w pewnym momencie musi zacząć tworzyć coś, co ma realną wartość dla człowieka.

I chyba właśnie wtedy wyciągnąłem wniosek idący trochę obok całej wojny technik SEO.

Uznałem, że najważniejsza jest jakość tekstu.

Nie „jakość” rozumiana jako szkolna poprawność stylistyczna. Bardziej tekst, który obroni się nawet po kolejnej zmianie algorytmu Google. W tamtych latach internet żył aktualizacjami Panda albo Pingwin. Co chwilę ktoś opowiadał historie o stronach, które nagle straciły ruch, bo Google uznało ich treści za sztuczne albo zbyt agresywnie pozycjonowane.

A ja miałem coraz silniejsze poczucie, że dobry tekst powinien być przede wszystkim dla człowieka.

Powinien rozwiązywać jego problem. Prowadzić go emocjonalnie. Rozumieć jego kod kulturowy. Wiedzieć, kiedy można napisać mocniej, a kiedy zupełnie nie należy. Krzywy bardzo mocno podkreślał, że dobry tekst będzie się po prostu dobrze czytał, a SEO może budować się trochę mimochodem, wręcz jakby przypadkiem.

To było dla mnie bardzo ważne.

Bo internet już wtedy zaczynał przypominać wyścig technik i trików. A jednocześnie najlepsze teksty nadal działały trochę po staremu — po prostu chciało się je czytać.

I chyba właśnie z takiego myślenia kilka lat później powstał armahobbynews.pl.

Nie jako klasyczny „blog firmowy”, ale raczej miejsce, które miało pomagać ludziom głębiej wejść w hobby. Tłumaczyć historie samolotów, wyjaśniać malowania, pokazywać kulisy projektów i pozwalać klientowi zostać z modelem trochę dłużej niż tylko do momentu kliknięcia „kup teraz”.

Po co nam jest konkurencja?

Z czasem okazało się, że to działa dużo mocniej, niż początkowo zakładaliśmy. Nie dlatego, że teksty były agresywnie „sprzedażowe”, ale właśnie dlatego, że próbowały być dla człowieka. Pomagały coś zrozumieć, coś poczuć albo po prostu dawały przyjemność czytania komuś, kto lubi temat.

I chyba właśnie tutaj zaczyna się najciekawsza rzecz związana z AI.

Bo dziś napisanie poprawnego tekstu jest łatwe. Czasem wręcz banalnie łatwe. Można wygenerować artykuł na dowolny temat, połączyć kilka cudzych tekstów, sparafrazować konkurencję albo stworzyć coś, co będzie wyglądało jak „dobry internet”.

I szczerze mówiąc — czasem to działa.

W niektórych dziedzinach AI już dziś potrafi pisać skuteczniejsze treści niż większość ludzi. Zwłaszcza krótkie formy marketingowe czy posty social media. Paweł Tkaczyk mówił o tym w rozmowie z Arturem Jabłońskim na YouTube i trudno się z tym nie zgodzić. AI świetnie rozumie rytm internetu, dynamikę krótkiego komunikatu i strukturę marketingowego hooka.

Ale jednocześnie ludzie bardzo szybko zaczynają wyczuwać teksty pisane przez AI.

I nie chodzi nawet o błędy.

Jest w tych tekstach coś dziwnego. AI bardzo często stosuje figury retoryczne, których wielu ludzi już właściwie nie zna z codziennego języka. Masowy internet przestał być środowiskiem ludzi dużo czytających i dużo piszących. Powstał osobliwy paradoks: AI zaczyna pisać zbyt „literacko” jak na współczesny internet.

Teksty są poprawne. Czasem nawet bardzo sprawne. Ale często nie mają ciężaru własnego doświadczenia.

I tutaj dochodzimy do czegoś, co wydaje mi się naprawdę ważne.

Google coraz wyraźniej idzie w stronę E-E-A-T: Experience, Expertise, Authoritativeness, Trustworthiness.

Coraz mniej chodzi o samą techniczną konstrukcję tekstu, a coraz bardziej o doświadczenie stojące za autorem.

AI nie prowadzi firmy, nie podejmuje decyzji, za które trzeba potem zapłacić własnymi pieniędzmi, czasem i spokojem. Nie siedzi po nocach przy warsztacie, próbując zrozumieć, dlaczego coś nie działa. Nie pamięta błędów sprzed dziesięciu lat, które wracają później jako ostrożność, intuicja albo doświadczenie. Nie czuje tego momentu, kiedy decyzja wydawała się rozsądna, a potem okazało się, że trzeba ponieść jej konsekwencje.

I właśnie dlatego nie do końca wierzę w wizję świata, w którym AI „zje wszystkich autorów”.

AI najbardziej pomaga ludziom, którzy naprawdę mają coś własnego do powiedzenia.

Jeżeli masz własne doświadczenie, własne błędy, własne obserwacje i własny sposób patrzenia na świat, AI potrafi to świetnie uporządkować. Poprawić błędy językowe. Wygładzić rytm tekstu. Połączyć akapity. Dopisać eleganckie przejście.

Trochę jak sekretarka prezesa.

Jeżeli prezes wie, co chce powiedzieć, sekretarka przygotuje świetny dokument. Doda standardowy akapit odmowny. Zredaguje zakończenie. Uporządkuje ton pisma.

Ale decyzja nadal należy do prezesa.

I chyba dokładnie tak samo wygląda dziś dobre wykorzystanie AI.

Nie jako maszyny zastępującej autora.

Tylko jako bardzo sprawnego redaktora dla ludzi, którzy naprawdę mają coś własnego do powiedzenia.

Wywiad o Arma Hobby na Scale Model Podcast

1 komentarz do “AI jako sekretarka prezesa”

Dodaj komentarz

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.